8.7.17

Co się działo, kiedy mnie nie było?

Kilku z Was pisało do mnie prywatne wiadomości (bardzo mi miło, że wciąż o mnie pamiętacie), więc poczułam się w obowiązku do napisania tego posta. Może być przydługi, zapewne mało ciekawy i nie obejdzie się bez narzekania oraz robienia sobie wyrzutów.

Na wstępie zaznaczę, że głównym powodem zaniedbania tego bloga był czas, a raczej jego brak. Jeden z ostatnich postów dotyczył studiów, moich obaw i przeczuć, co do nadchodzącego (ostatniego) roku. Muszę Wam szczerze przyznać - myliłam się. Przedmioty, które miały być cholernie trudne, przebrnęłam naprawdę gładko. Z mojej specjalizacji: 

Sztuczna inteligencja u bardzo wymagającego profesora zdana na 4 i 4.5 (lepiej, niż ludzie z informatyki!). Na zaliczenie laboratorium między innymi musiałam stworzyć dowolną aplikację (sztuczną inteligencję). Zaprogramowałam "zgadywankę owoców", wiecie, myślisz o jakimś owocu a komputer "odgaduje" Twoje myśli. Spędziłam nad tym całe święta, ani chwili wolnego i zero pomocy od mojej pary... Poza tym robił nam "kartkówki" (rozwiązywane w grupkach). Tu doświadczyłam wiele przykrości, ponieważ robiliśmy je identycznie, ale ja dostawałam niższe oceny... Na egzaminie były jakieś sortowania i inne nudne, i na pewno niepotrzebne do życia rzeczy.

Przetwarzanie obrazów, również do zrobienia projekt. (program) który analizował zdjęcie i wykonywał na nim różne operacje jak dylatacja, erozja itp. Jedno z najgorszych wspomnień z tego roku - profesor nie do przejścia, znalazł błąd - nie sprawdzał dalej. Tyle nerwów, wymienionych z nim maili, łez po to, by mi na koniec wstawić... 5. Ja myślałam, że mnie tak ciąga o 3, byłam na prawdę wkurzona (wolałabym 3 na spokojnie niż takie "przeboje" z 5). Egzamin był nie lepszy. Rzucił nam listą 48 zagadnień do opracowania, z których mooooże (się okazało, że jednak nie) coś da na egzaminie. Pamiętam, że nie napisałam coś o filtrach Gaussa, ale postawił mi 5. I nauczyłam się, że słowo PIKSEL poprawnie to PIKSL. Nawet tu mi to podkreśla na czerwono, ale okej... O, i w końcu wiem o co chodzi z matrycą w aparacie. Może ten przedmiot nie był aż tak niepotrzebny, haha. Aha, facio rysował histogram na tablicy, zabrakło mu miejsca to pociągnął go dalej po ścianie. Muszę koniecznie zrobić zdjęcie w tej sali, zanim na dobre skończę z tą uczelnią. 

Grafika komputerowa - tutaj odżyłam. 4 projekty wraz z dokumentacją: retusz i animacja w Gimpie (zabawne, nigdy z niego nie korzystałam, zawsze PS), dowolny model w Blenderze i PovRayu. Strasznie żałowałam, że nie było wykładów i laboratorium, no ale cóż, tym razem to wykładowcy nie chciało się prowadzić zajęć. I oczywiście nauka programów całkowicie na własną rękę. W samym blenderze przez 2h rozpracowywałam sterowanie.. 

Mój gif - uwielbiam go! Wybrałam sobie tematykę z japońskiej gry Kirby's DreamLand 3. Prosty w wykonaniu, zależało mi na tym, bo czas nie był łaskawy. Ale końcowy efekt jest naprawdę bardzo fajny. 

Swoją drogą zaczęłam kiedyś pisać dla Was jej recenzję. Dajcie znać, czy chcecie kiedyś przeczytać. 

Z retuszu nie byłam zadowolona. Chciałam go nawet zrobić od samego początku, ale ostatecznie wygrał rozum, bo tyle godzin nad nim spędziłam, że głupotą byłoby zmarnowanie tego czasu. 


Najwięcej czasu spędziłam na projekcie z Blendera. Po zainstalowaniu programu w kompie, moim pierwszym zaskoczeniem był wywalony interfejs. Wooow, ile przycisków, funkcji, trybów... kilka godzin zajęło mi rozpracowanie samego działania i możliwości programu. Z tego powodu (poddaństwo!) ostatecznie znalazłam gotowy tutorial i robiłam wedle niego. Z 30 minutowej instrukcji zrobiło się 8 albo 9 godzin pracy. Bez komentarza... Ale misio wyszedł słodki. 




Ostatni był PovRay. tutaj sytuacja o tyle badziewna, że należy samemu zaprogramować wybrany model. Źródło to po prostu kod, dłuuuuuugi kod na kilka stron. Okropne, straszne, niewygodne. To tylko uświadczyło mnie w przekonaniu, że nigdy w życiu nie chciałabym tworzyć grafiki 3D. Moim projektem był dom, zarówno od zewnątrz jak i wewnątrz. 








Podsumowując specjalizację, którą wybrałam. Największa masakra była z obrazami, począwszy od samego przedmiotu, bo nie było go w planie. Podpisując deklarację miały być hurtowanie danych. Pierwsze zajęcia a tu bęc, jakiś kompletnie inny i odległy przedmiot. W dodatku wykładowca furiat i choleryk, dziw mnie bierze, że nie zszedł na zawał, kiedy darł się na nas podczas egzaminu. Wiedza ogromna, dwie książki napisane, ale co z tego, kiedy był okropny dla nas? 
Prawdziwa masakra zaczęła się na tydzień przed sesją i ostatecznym terminem oddawania projektów. Część z nas wolała sobie wyjechać na ferie zza granicę, kiedy ja zapierdzielałam na wspólne dobro (musiałam dla całej grupy załatwić ten program). Mało spałam, od rana do praktycznie rana (tak) siedziałam przyklejona do komputera, korespondowałam z wykładowcą, ubyło mi kasy z portfela na (niestety) pomoc zewnętrzną. Efekt końcowy: dowiedziałam się od moich szanownych koleżanek, że nie mam serca i mam "nieludzkie podejście", że kategoryzuję ludzi i sama wybieram, komu pomagać, a komu nie itp.. Ale żeby było mało, kolega z informatyki zwyczajnie ukradł mój projekt i wysłał go profesorowi przede mną... 

Przedmioty, którymi nas straszyli od pierwszego roku, czyli statystyka i analiza zespolona w końcu nadeszły. Uwierzycie, że z obu byłam zwolniona z egzaminu? Statystyka miała aż trzy części: wykład, ćwiczenia i laboratorium z naszym "ukochanym" prowadzącym Szymkiem. Nie wiem, czy istnieje osoba, która darzy go sympatią, ale mnie już po raz kolejny udało się wynieść 5 z jego przedmiotu. Chyba tylko mnie przynosił takie szczęście °˖✧◝(⁰▿⁰)◜✧˖°. Uratował tym samym moją sytuację u wykładowcy, bo ten postanowił zsumować nam oceny. Dzięki Szymon! 😻

Analizę zespoloną miałam z żoną mojego promotora (którego przed seminarium na prawdę ceniłam). Prze kozacka babeczka. Udało mi się być zwolnionym, więc musiałam tylko napisać część teoretyczną. 19 zagadnień, nic z nich nie rozumiałam, ale trafiłam na równania Cauchy'ego-Riemanna ✧٩(•́⌄•́๑). Czasami coś nade mną czuwa. 

A co do seminarium. Samo otrzymanie tematów było dosyć żałosne. Nasz promotor wybrał je za nas, ale postanowił, że sami podzielimy się nimi między sobą. Moje szczęście - dostałam przedostatnia listę, gdzie zostały się trzy tematy. Muszę wam się teraz przyznać do małego świństwa. Specjalnie zachęcałam moich kolegów obok, by wzięli te tematy, które były dla mnie maksymalnie niewygodne, bo spośród trzech tylko jeden nadawał się do napisania. Szczęśliwie poradzili sobie z nimi i chyba nie zauważyli mojego podstępu. Także moja praca dyplomowa ma temat "Paradoksy w rachunku prawdopodobieństwa". Dostałam za nią 4.5, z czego się ogromnie cieszę, bo ja... nienawidzę tej dziedziny matematyki. Krótko jeszcze dodam coś o samym promotorze. Gdy miałam z nim analizę wektorową na drugim roku, bezsprzecznie był to mój ulubiony wykładowca. Konkretny, bardzo pomocny i świetnie tłumaczył. Jako promotor był tragiczny. Żadna z poprzednich cech nie zagościła, a nawet przeciwnie. Dodatkowo na koniec zapomniał o mojej pracy, przez co ponad tydzień nie wiedziałam o co chodzi. Musiałam specjalnie do niego jechać, by się dowiedzieć, że zwyczajnie zignorował mojego maila. Super...

W tym roku dowalili nam aż cztery fakultety. Jakbyśmy mieli mało do roboty. filozofia matematyki, mega nudna, ale z banalnie prostym zaliczeniem: referat + prezentacja (puściłam film i dostałam za to 5, hahahahaha), geometria w zadaniach szkolnych - przyznam, że oddałam to swojej mamie nauczycielce. Serio, po matematyce wyższej prawie nic nie pamiętam z gimnazjalno-licealnej matematyki 乁( ◔ ౪◔)ㄏ. Potem jakieś warsztaty z Excela - wystarczyła obecność, ale zajęcia całodniowe. No i na koniec Matematyka współczesna.. po angielsku. Przyjechał jakiś profesorek z Ameryki i nas męczył matematyką dyskretną. Najgorszy z najgorszych przedmiotów. A nie, była jeszcze topologia, a zatem drugi z najgorszych. I wiecie co? Zdałam to... na 5! How?!

Teraz moje osobiste apogeum. Zaczęło się na drugim roku studiów, w którym to w mistrzowski sposób ułożyłam jeden przedmiot - programowanie w C. W tym musiałam się z nim zmierzyć ponownie. Los się do mnie uśmiechnął, bo mogłam (mogłam ✧٩(•́⌄•́๑)!!!) wybrać sobie innego prowadzącego laboratorium zamiast wykładowcy. Moim planem było:
a - jak najszybciej zaliczyć laboratorium i przestać chodzić na te zajęcia, 
b - po wykonaniu a skupić się na nauce pod felerny egzamin. 
Niestety mój nowy prowadzący (aka gościu rok lub dwa starszy ode mnie - no comments) postawił bombę i trzeba było co tydzień pisać kolokwium, a dodatkowo na zaliczenie było 60%. Stąd część pierwsza planu a, czyli "szybkie zdanie" przeciągnęło się do niemalże ostatnich zajęć (mogłam sobie pozwolić tylko na nienapisane dwóch ostatnich). Dlaczego mi zależało na takim podziale? Nie mogłam chodzić na obie części przedmiotu, stąd chciałam zdać laboratoria, by móc chodzić na wykłady (druga część wykładów była najważniejsza do egzaminu). Efekt ostateczny: 4 z laboratorium ➠ niezdany egzamin. Praktycznie większość drugiego semestru poświęciłam nauce programowania. Wiecie jakie to jest uczucie, kiedy inne przedmioty poniekąd "olałam" i dodatkowo byłam z nich zwolniona, a coś, w co włożyłam tyle pracy, czasu i wysiłku zwyczajnie (po raz drugi) kopnęło prosto w du...? Wyprzedzając pytania, wykładowczyni jest zwyczajnie nawiedzona, wymyśla takie durnoty, jest w tym niezwykle kreatywna (same pułapki i same haki). Dodatkowo stawia ujemne punkty. I musi być tak, jak ona podaje, inne źródła wiedzy (poza jej wykładami) są złe, nieprawidłowe. Zastrzelcie mnie... 
Przez ten jeden przedmiot tracę szansę na skończenie studiów. Czekam na wrzesień - moja ostatnia deska ratunku. Czuję się autentycznie jak jakiś debil, inteligentna inaczej... Na pocieszenie (chociaż jakie to pocieszenie) większość i tak nie zdała, nie jestem odosobniona. Nie pozostało mi nic innego jak spędzić wakacje na nauce, znowu i znowu. A miałam zupełnie inne plany. Znów się oddalają...

Powoli kroczę do przodu. Z Elem podjęliśmy wielką i ważną dla nas decyzję. Wyprowadziliśmy się z poprzedniego mieszkania. Tam atmosfera była jeszcze bardziej dołująca. Kompletnie nie dogadywałam się ze współlokatorkami, mieliśmy wiecznie spiny i ból tyłka do siebie. Nie było warunków do życia (wierzcie mi na słowo). Teraz mieszkamy sami, dopiero półtora tygodnia, ale ja już odżywam! 

Co z blogiem? Przyznam, że nie chcę z niego rezygnować. Jest mi wstyd, że tak wszystko zaniedbałam, ale nie byłam w stanie sklecić ani słowa. Podejmę kolejną próbę blogowania, bo mam czas i warunki. Ponadto chciałabym się rozwijać w jednej dziedzinie, a pisanie dla Was byłoby dla mnie motorem napędzającym, stąd zapewne prędzej czy później i tak się zjawię. Nie jest łatwo się mnie pozbyć, haha. 

Podsumowując 
(albo skrót dla tych, co nie przeczytali)

- nie było mnie przez studia: brak czasu,
- ludzie mnie zniszczyli,
- studia mnie zniszczyły,
- zamierzam prowadzić bloga.

13 komentarzy:

  1. Napraw się szybko po tych ludziach i studiach! Czekam na notki, smutno mi było na tym bloggerze bez Twoich postów. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Awwwww, od razu cieplej na serduszku :>.

      Usuń
  2. O rety, mało co zrozumiałam z tych matematyczno-informatyczno-nie-wiadomo-jakich informacji, ale gratuluję świetnych ocen i ogółem przejścia przez to bagno!
    Co do nowego mieszkania, mam nadzieję, że faktycznie będzie Wam dobrze służyło. ;) Ale skoro już odżyłaś, to na pewno podjęliście dobrą decyzję.
    Aa, właśnie, dobiło mnie to, co napisałaś o tych swoich "kolegach i koleżankach" ze studiów. Borze liściasty, jak ja nie znoszę takich ludzi! I weź tu nie wpadnij w depresję przy takich. :/
    Pozdrawiam i życzę miłych wakacji. Sama zaczynam swoje dopiero za 3 tygodnie. Q.Q
    Pa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to tylko niewielka część tego. Generalnie czułam się gorzej niż za czasów szkolnych. Mam wrażenie, że tam ludzie byli jakoś bardziej hmmm dojrzali. Tutaj festiwal cwaniactwa, ale jednocześnie nienawiści. Idzie Ci lepiej? To trzeba Cię zgnoić, pokazać innym (i puścić nagonkę) jaki jesteś cham i prostak. Nie da się tego nawet skomentować...
      Ale to trochę takie wakacje jakoby ich nie było. Ta myśl o wrześniu nie pozwala mi się odprężyć :(

      Usuń
    2. No domyślam się...
      Wiem, że kiedyś na japonistyce też tak było. Na szczęście ja już trafiłam na lepsze czasy, kiedy ludzie raczej sobie pomagają, a nie próbują innych pogrążyć. Po prostu łączymy się w bólu.
      Oj, spróbuj mimo wszystko się uspokoić. Zajmij się czymś miłym. ;)

      Usuń
  3. Gratuluję wytrwałości i naprawdę świetnych ocen! Ludzie to w dużej mierze taborety, parapety i klamki, więc się nie przejmuj, bo to i tak nic nie da ;) Ja zdecydowanie nie mam tak wymagającego przedmiotu jak Ty, ale i u mnie zdarzyli się wykładowcy do dupy, znajomi uprzykrzający życie i robienie pod górkę zawsze i wszędzie. Za mną dopiero pierwszy rok, ale pod koniec drugiego semestru czułam się pusta w środku. Nie wiem do końca czemu. Nowi ludzie, nowe środowisko, generalnie zupełnie inny świat, nawet jeżeli do konfrontacji dochodziło tylko na uczelni, bo mieszkam dalej w tym samym miejscu (wcale nie tak super poza tym, że nie muszę się martwić o jedzenie) i niby po powrocie wszystko było okej. Kryzys egzystencjalny jakich mało, a że nie jestem osobą, która nie lubi zawracać innym tyłka swoimi problemami, wszystko trzymałam w środku. Teraz odpoczywam, staram się jakoś to swoje życie poukładać z powrotem :) Trzymam kciuki za Twój wrzesień, nie poddawaj się i pisz jak znajdziesz czas i ochotę! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, podobnych rzeczy doświadczyłam w czasach szkolnych, ale na studiach wymagałoby się od ludzi nieco większej dojrzałości (wiem, czego ja wymagam). Znosiłam cierpliwie wszelkie docinki, ale czasem nie daję rady. Szczególnie w obecnej sytuacji, jak poszłam na ten pieprzony egzamin z programowania i jeden typiacz do mnie (tak maksymalnie złośliwie i oczywiście na cały głos, by każdy mógł dosadnie usłyszeć), że nie spodziewał się mnie tutaj, ironizując moje wyniki itp. Tylko w mordę strzelić.
      Dzięki serdeczne, będę się starać ^^.

      Usuń
  4. Super, że napisałaś co u Ciebie, ja też się zastanawiałam czy nie porzuciłaś bloga. Na jakich ty jesteś studiach jak masz takie wymieszanie matematyki, informatyki i grafiki? o.o Ten misio zrobiony w Blenderze wygląda super, na początku myślałam, że to zdjęcie. Trzymam kciuki za egzamin we wrześniu i na powrót do blogowania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na matematyce, ale na ostatnim roku zrobili coś w rodzaju matematyki stosowanej i była możliwość wybrania specjalizacji (spośród trzech). Ja wybrałam informatyczną, ale z kolei na kierunku informatyka moja specjalizacja była jako grafika komputerowa i tak to jakoś wyszło (dołączyli nas do informatyków) :D.
      Dzięki, postaram się nie zawieść :)

      Usuń
  5. Powodzenia we wszystkim co cię czeka i ciesze się, że wracasz :D! Ja też w sumie na jakiś czas sobie odpuściłam blogowanie i całkiem niedawno wróciłam ^^

    OdpowiedzUsuń
  6. HA! Kirby, mam wszystkie Japonskie wersje na GB i GBC
    WSZYSTKIE
    Ciesze sie ze wrocilas i ze ty tez masz spokoj ze studiami

    OdpowiedzUsuń
  7. Kolezanko, szacun, że wygralas w tym semestrze i dalas z siebie wszystko. Kierunek masz konkretny :D Ja co prawda nie renderuje takich rzeczy, ale domyslan sie jak wiele czasu mogą one zajac. Masz u mnie cos dobrego w nagrodę (dunno, sama wybierz co xD)

    No i cieszę sie, ze w koncu jesteeeees! Bedziesz mogła troche odetchnąć i zapomnieć o bandzie frajerów ze studiow. Pozdrawiam cieplutkoooo! ❤

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale te grafiki są genialne! Brak mi słów. I jeszcze ten mega uroczy gif! Ah i retusz też ci wyszedł dobrze... Ale ja ci tu słodzę :D. Ale po prostu no wow, kawał dobre roboty

    OdpowiedzUsuń

slider