12.2.14

W rytmach death metalu - Detroit Metal City.


Dla przypomnienia: 
Negishi Soichi (Kenichi Matsuyama) opuszcza swoje małe miasteczko aby studiować na uniwersytecie tokijskim. Ma on też swoje marzenia. Chce mieć modny apartament w Tokio, wieść modne życie, a przede wszystkim - zostać modnym muzykiem. Negishi uwielbia szwedzkie zespoły popowe. Sam chciałby wykonywać taką muzykę, która da radość innym. Jest też skrycie zakochany w swojej dawnej przyjaciółce, Aikawie (Rosa Kato), która jest redaktorką jego ulubionego magazynu. Soichi postanawia spróbować i składa swoje demo. Tuż po ukończeniu studiów dołącza do zespołu Detroit Metal City, który jest ziszczeniem jego najgorszych koszmarów. I tu, jako Krauser Johannes II, jest największym idolem psychofanów deathmetalu! 

Reszta jest zupełnie taka jak w mandze i anime (recenzja na blogu). Fabuła mocno trzyma się pierwowzoru, nieznacznie wprowadzając nowe wątki, co jest plusem. Ponadto jestem całkowicie skłonna stwierdzić, że drama jest bardziej poukładana i spójna (lepiej się ogląda). Ale zacznijmy od postaci.


Soichi, grany przez Matsuyamę, którego znamy już m.in z roli L z Death Note'a jest po prostu przekomiczną postacią. Wszystko zawdzięczamy genialnej grze aktora. Nie wyobrażam sobie żadnego innego aktora, który mógłby się zmierzyć z tą rolą. Chociaż przyznam wam szczerze, że gdy zobaczyłam go w obsadzie, nieco się przeraziłam. Poznałam go w filmie Death Note i pamiętam, że już tam mi się spodobał. Następną dramą była NANA, gdzie również ciekawie, choć bez większego szału, wcielił się w Shina. Oby dwie postacie bardzo lubię z mang oraz anime, więc byłam mocno ciekawa jak poradzi sobie w dwóch następnych, skrajnie od siebie różnych rolach. Rezultat? Zdał. I to na piątkę z plusem! Jako Soichi jest bezbłędny. Fryzurka-grzybek (lub jak to mówił braciszek - a'la 'panisek'), jasne rurki oraz różowa koszulina a do kompletu niewielki plecaczek ze sporo za długimi ramiączkami. No i te miny... Muszę przyznać, że Ken ma bardzo, em, plastyczną buźkę!

Kolejna postać, czyli Krauser. Już w pierwszych sekundach filmu nie mogłam się doczekać, aż zobaczę charakteryzację. Było napięcie, oj było. Wreszcie się pojawił i... momentalnie buchnęłam śmiechem. Świetny cosplay, wyglądał jak żywcem wyciągnięty z kart mangi. Początkowo zastanawiałam się, czy to aby na pewno dalej jest Ken, bo wyglądał wręcz za dobrze. Biała twarz, którą okalają długie, blond, proste włosy a czoło zdobi japoński napis 'korose' (od ang. 'kill'). Do tego ciężki, mosiężny strój (który wcale nie był mosiężny) i, wyglądające na jeszcze cięższe, buciory na platformie. Przystojniak jakich mało... Ale przechodząc do rzeczy. Nic tak bardziej mnie nie rozwaliło jak płaczący, samozwańczy, król demonów. Moment, gdy w pełnej charakteryzacji walił w okno restauracji, strasząc dorosłych i dzieci... Na samą myśl aż mi się łezka w oku kręci.  Chociaż mój ulubiony moment filmu jest całkiem inny.

Oprócz Soichiego, kolejną najbarwniejszą postacią jest menadżerka (Yasuko Matsuyuki) DMC. To jest prawdziwa kobieta z jajami. Mówiąc czysto, kolokwialnie, lecz najbardziej dosadnie, ma wszystko i wszystkich głęboko w dupie. Liczy się tylko ona i jej pragnienia. Nie znosi też sprzeciwu, o czym często uświadczył się Negishi (chociażby poprzez latające papieroski). Jest żądna sukcesu, wierzy w swój zespół, dlatego też stawia ich na coraz to wyżej poprzeczce. Ma zakręcone pomysły aby uatrakcyjnić koncerty. Choć wokalista nigdy nie chce ich wcielać w życie to jednak zawsze, najczęściej przypadkowo, im ulega, co tylko jeszcze bardziej uszczęśliwia chorą publikę. A jeśli już o publice mowa, to gdyby nie fani, anime nie miało by aż tak ekstremalnego klimatu. Są oni niemalże wszędzie, podążając śladem swoich idoli. Wierność, oddanie i niewielki rozumek to cechy, które najlepiej ich opisują. 
Co do pozostałych członków zespołu, są oni raczej tylko dodatkiem do całości. Stanowczo tylko towarzyszą tej dwójce, niżeli jakoś szczególnie wpływają na fabułę.Nishidę gra Ryuji Akiyama, natomiast Jaggi'ego - Yoshihiko Hosoda. No i na koniec jeszcze słów kilka o obiekcie westchnień Soichi'ego. Gra Kato niestety nie przekonała mnie. Była zbyt sztuczna, za sztywna - bardzo źle wypadła przy całej reszcie. Gdyby dobrać tu inną aktorkę, całościowo DMC wypadłoby o niebo(piekło) lepiej.


Jak wynika z powyższego wpisu, gra aktorska okazała się strzałem w dziesiątkę, jednak teraz zajmiemy się tym, co w serii najważniejsze. Muzyka. Zacznę może od repertuaru DMC.  Na wstępie napiszę, że lubię muzykę z gatunku 'metal', ale death metal jakoś szczególnie mi nie leży. Jednakże, muzyka wykonywana przez DMC jest wyjątkowo... bardzo dobra! Przewodni numer to 'Satsugai', znany już nam przez opening anime. Lecz moim faworytem jest utwór "Maou", który dostąpił zaszczytu gościć w mojej playliście. Mimo mocnego głosu wokalisty piosenka wypada dość subtelnie i... melodyjnie. Nieco ochrypnięty głos, bez wyrazistego growlingu. Czar nieco pryska, gdy przetłumaczy się tekst piosenki. Bardzo seksistowskie, ordynarne i miejscami obleśne, ale doskonale pasujące do klimatu Detroit metal city.
Kontrast między zespołem a Soichim to przepaść, bardzo mocno i wyraźnie zaakcentowana. To znów świetna robota producentów. Również w dramie usłyszymy ending (obiecuję wam, że w o wiele ciekawszej sytuacji) "Amai koibito', śpiewany przez samego Matsuyamę! A gratisowo otrzymamy przesłodki utwór "Sally" (dla tych, co oglądali *(-.^)*).


Tak jak w przypadku anime, dramę polecam ludziom z ogromną dawką humoru. Do tej serii należy podejść z przymrużeniem oka i sporym dystansem, gdyż jest to głównie komedia połączona z  groteską. Nie dla każdego, jest tu sporo 'czarnego humoru', którego nie każdy lubi. Raczej nie polecałabym też wiernym fanom deathmetalu, bo mogą się zdenerwować wyśmianiem ich subkultury i ukazaniu jej w krzywym zwierciadle. A na sam koniec powiem tylko trzy słowa:

Go to DMC!!!


5 komentarzy:

  1. Idę oglądać :D Nie miałam pojęcia, że jest taka wersja tej historii, a anime - jedno z moich ulubionych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano jest, jest :D
      Anime jest specyficzne, pod tym względem lepiej wypada manga, ale nie zmienia to faktu, że również lubię DMC.

      Jestem ciekawa Twoich wrażeń (:

      Usuń
  2. Uła, uła ciekawie się te kadry z dramy prezentują, serio nie spodziewałam się tak dobrej charakteryzacji. Ogólnie jakoś tak nie mogę przekonać się do dram i czas też na obejrzenie czegokolwiek nie pozwala, ale kto wie, może w wakacje się skuszę, bo anime mi się podobało. ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Anime już dawno chciałam obejrzeć, mimo tego, co inni mówili, ale drama z twojego opisu i z trailera niesamowicie przypadła mi do gustu *____* najpierw jednak anime, a potem drama!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak anime mnie wręcz odrzuciło po Twojej recenzji (nie zrozum mnie źle, to nie Twoja recenzja była zła, tylko tytuł mi nie leżał ;)) to film bym obejrzała i możliwe, że zrobię to w najbliższej przyszłości ^ ^ Świetna recenzja! Pozdrawiam
    Akane

    OdpowiedzUsuń

slider