30.8.13

Cisza przed burzą - "Muzeum Ciszy".


Postanowiłam w końcu napisać swoją pierwszą recenzję książki. Nie wiem, czy będzie to udane, bo nigdy tego wcześniej nie robiłam, ale miejmy nadzieję, że nie będzie aż tak źle! 
Lubię japońską literaturę. Chyba przede wszystkim dlatego, że jest tak bardzo odległa od europejskiej i wnosi poniekąd coś całkowicie świeżego, nietuzinkowego, a zarazem bardzo interesującego. Pewnie gdyby spytać się jakiegokolwiek człowieka, który ma choćby minimalne pojęcie, o japońskich pisarzy padło by Haruki Murakami i cisza. Długo, długo nie wybrzmiałoby inne nazwisko. A szkoda, bo w cieniu pana Murakami'ego jest inna, równie dobra autorka, ze sporym zapleczem artystycznym. 

Yoko Ogawa (ur. 1962) jest autorką przeszło dwudziestu książek, która w świecie literatury istnieje od 1988 roku. W Japonii, ta popularna pisarka dorobiła się wielu nagród m.in. nagrody im. Akutagawy (1990), czy nagrody im. Tanizakiego (2006). Zwieńczeniem tego jest francuski film L'Annulaire, który powstał na podstawie jednej z jej powieści, który zresztą został bardzo ciepło przyjęty. Mimo tego jest wciąż mało znana wśród europejskich czytelników. Zmienić to postanowiło wydawnictwo WAB, który Serią z Miotłą wydało już dwie książki Ogawy - "Miłość na Marginesie" w 2011 oraz "Muzeum Ciszy" w 2012 roku. Właśnie tym drugim tytułem chciałam Was dziś ugościć. 

"Muzeum Ciszy"
Yoko Ogawa

Tytuł oryginału: Chinmoku Hakubutsukan
Wydawnictwo W.A.B 2012
liczba stron: 293
oprawa miękka

Historia toczy się w małym, żyjącym własnym życiem prowincjonalnym miasteczku. Wydaje się, że nic mu nie jest potrzebne z zewnątrz i tworzy poniekąd zamknięty krąg, do którego trafia pewien młody muzealnik, by na zlecenie pewnej starszej pani utworzyć niecodzienne muzeum. Nie chodzi tu o ekspozycje dzieł wielkich i sławnych artystów, a o wystawę niewiele wartych, może nawet i bezużytecznych przedmiotów, których łączy dokładnie jedno - wszystkie zostały ukradkiem odebrane właścicielom tuż po ich śmierci. I tak w magazynie znajdują się między innymi wypchana, stara sowa, spirala antykoncepcyjna zamordowanej prostytutki, czy wyciśnięte do cna tubki farby, które były ostatnim pożywieniem konającej malarki. A to dopiero początek kolekcji, która zaczyna się nieubłaganie rozrastać.

Motywem przewodnim książki jest tytułowa cisza, ale nie ta, co uspokaja i jest błoga. Chodzi tu o tę przysłowiową ciszę przed burzą, to napięcie, że za chwilę coś się stanie, coś, co jest nieuchronne. Złowroga cisza czyhająca na naszych bohaterów i pozostałych mieszkańców miasteczka. To, co pani Ogawa robi z losem bohaterów jest wręcz magiczne. Wychodzi ze sztandarowej powieści kryminalnej oraz detektywistycznej po to, by wykreować swój własny i niepowtarzalny styl. Książka jest zarazem abstrakcją samej autorki - jej osobiste widzimisię. Bazą powieści jest powyższe miasteczko, następnie inkrustuje je nakładając kolejno nutę tajemniczości, przeplatającą się z absurdem i kawałem doskonałej groteski. I w ten sposób prym wiedzie starucha, która z powodu wieku, możliwości, ale i zbliżającego się końca żywota postanawia znaleźć godnego siebie następce, a wybór pada właśnie na nowego kustosza. Mimo jej wątłego ciała i ułomności sprawnej to nie brak jej jadowitego i kąśliwego języka, którym doprowadza większość o nienawiść. Ta zgnuśniała dziwaczka, o jeszcze dziwniejszym hobby jest panią pałacu, na którego terenie inicjuje powstanie muzeum dla jej pamiątek. Niewiele wiemy o jej przeszłości, także pozostają nam tylko i wyłącznie spekulacje, czym się kieruje, mając w oczach coś w rodzaju obłędu. Sama mówi, że jej celem jest: "muzeum, które przekracza granice ludzkiego istnienia, gdzie nawet pozbawiona charakteru, gnijąca na śmietniku obierzyna odkrywa cud świata (..)". Więc czy ta kobieta czuje się spełniona, podkradając się i zbierając wszystkie te rzeczy? 

Do zadań muzealnika nie należą tylko i wyłącznie katalogowanie pamiątek oraz spisywanie ich historii. Ma być następcą staruchy, który będzie kontynuować pozyskiwanie nowych eksponatów. Tak się składa, że w miasteczku zaczynają się pojawiać dziwne morderstwa, a mężczyzna staje się być jednym z podejrzanych. Jednak podjął się zadania i mimo wszystkich niekorzystnych zbiegów okoliczności musi wciąż zbierać pamiątki po zmarłych. Sam kustosz nie zdaje sobie sprawy, że to wszystko staje się dla niego niebezpiecznym fetyszyzmem. Jego asystentką zostaje córka pracodawczyni. Razem spisują dzieje przedmiotów, konserwują je przed zniszczeniem oraz odpowiednio katalogują. Dziewczynka staje się najbliższą towarzyszką mężczyzny i zdaje się łączyć ich jakaś niewidzialna, magiczna nić porozumienia, która przejawia się w pięknej przyjaźni, mimo różnicy pokoleń.

Nie znamy imion bohaterów. Nie wiemy skąd oni pochodzą, jaka jest ich rodzina, ile mają lat. Jest tu tylko starucha, kustosz, dziewczynka, ogrodnik, służąca czy nauczyciele ciszy. Jednakże absolutnie nie zmienia to w żaden sposób historii. Nie jest to istotnym elementem historii, w której główną osią jest po prostu fabuła i na niej skupia czytelnik całkowitą uwagę. Reszta jest dodatkiem, ale bardzo dobrym i niezbędnym.


"Muzeum Ciszy" jest bardzo przemyślaną powieścią. Tutaj nic nie jest przypadkowe, a wszystko łączy się w zgrabną i spójną opowieść. Granica między życiem, a śmiercią jest wyjątkowo krucha. Przebywając sam na sam z historią ma się wrażenie, że wkraczamy w jaką sferę sakralną, która przejawia się w krótkich historiach poszczególnych przedmiotów, opowiadanych przez staruchę. I to jest ten najbardziej wstrząsający moment grozy. Ogawa jest mistrzynią jeśli chodzi o niewymuszony dramatyzm. Wszystko pięknie przedziera pomiędzy spokojne i melancholijne wersy tekstu. Często stosuje niedopowiedzenia, co pogłębia enigmatyczność tytułu. Jak to powiedział Kenzaburo Oe:
"Yoko Ogawa potrafi w subtelny, a zarazem przenikliwy sposób opisać mechanizmy ludzkiej psychiki".  
Prosty język, bardzo przejrzysty i zrozumiały chowa bardzo udaną historię, która wciąga. Czyta się naprawdę lekko i niezwykle szybko. Format książki jest poręczny, nieco mniejszy od tradycyjnych książek. Dzięki ciemniejszym kartkom można spokojnie czytać w nasłonecznionym pomieszczeniu bez obawy o ból głowy od śnieżnobiałych kartek.



12 komentarzy:

  1. Cóż, mnie fabuła nie porwała, ale jeśli chodzi o książki to naprawdę ciężko mnie zadowolić ;/ Dlatego właśnie prawie wgl nie czytam xd Pozdrawiam
    Akane

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezbyt to zdrowe nie czytać (: W ten sposób kształcimy swoją intelektualność i szeroko pojmowaną komunikację. I nie wierzę, że nic Cię nie zainteresowało w literaturze!

      Usuń
  2. WoW! Niesamowite! Muszę, muszę ją mieć! Już dawno zauważyłam, że obie mamy podobne gusta jeśli chodzi o muzykę i filmy, a tu proszę - również i książki. Musiała być niezwykłą historią, skoro postanowiłaś napisać o niej recenzję.

    Ja również nie poprzestaję na Murakami'm, chociaż lubię tę nutę melancholii i sentymentu, którą sobą reprezentuje. Czytałam różne opowieści różnych japońskich pisarzy, min. Hitomi Kanehary, Kenzaburo Oe (swoją drogą chyba masz błąd bo przy jego nazwisku napisałaś "powiedziała"), Kawabada Yasunari, Kobo Abe, Takahashi Matsuoka itd. Jednak największe wrażenie wywarły na mnie "Dzieci ze Schowka" Murakami'ego Ryu. Ta książka to było najgorsze, a zarazem najpiękniejsze przeżycie w moim życiu! Do tego stopnia, że również pokusiałam się o jej recenzję, którą możesz zobaczyć na blogu w zakładce "AZJA" - CIEKAWOSTKI. Gorąco polecam, ale to książka dla naprawdę wytrwałych.

    Yoko Ogawa ... Już na nią poluję na stronie Empiku ^^ Dziekuję za recenzję, bardzo przydatna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak i spodobała mi się znacznie bardziej niż "Miłość na marginesie", bo ma więcej akcji i jest ogółem ciekawsza (:

      Jeśli chodzi o empik to właśnie jest promocja na nią 30% Opłaca się, bo to blisko 10zł różnicy, a chyba nawet i ponad.

      W całym tekście jest sporo literówek z "a", więc bardzo przepraszam i zaraz skoryguję błędy. Dziękuję za zwrócenie uwagi (:

      Usuń
  3. "Lubię japońską literaturę. Chyba przede wszystkim dlatego, że jest tak bardzo odległa od europejskiej i wnosi poniekąd coś całkowicie świeżego, nietuzinkowego, a zarazem bardzo interesującego." - Wyjęłaś mi to z ust. To niesamowite, jak japońskie książki różnią się od zdecydowanej większości tych europejskich i amerykańskich.
    Jak już wspominałam na forum, okropnie chciałabym przeczytać tę książkę, bo zapowiada się świetnie. Ech, gdyby tak można było zakopać się gdzieś w czasie i przestrzeni i po prostu czytać do utraty tchu...!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam takie wrażenie, że japońscy pisarze piszą z pasją, natchnieniem, a nie jak w większości z Zachodu - z przymusu lub w celach dorobkowych. Możliwe, że traktują pisanie jako dar od swoich bogów, przez co powieści są przepełnione różnymi uczuciami, które zachodni czytelnik niekoniecznie musi zrozumieć. I nie da się ukryć, że w prawie każdej jest ta nuta magiczna, która nas tak mocno czaruje (: Z całym szacunkiem nie brak im subtelności i wyczucia.
      No niestety tak się nie da, ale zawsze można znaleźć tę chwilę z książką, w której jesteś tylko Ty, litery i przeogromna wyobraźnia!(:

      Usuń
    2. Bardzo możliwe!
      Oczywiście i Bogu dzięki, bo gdyby nie to, to bym chyba na tym świecie sfiksowała :/

      Usuń
  4. Brzmi bardzo niepokojąco. Nie lubię niepokojących rzeczy :<
    Ale bardzo dobrze, że wreszcie się zdecydowałaś na pisanie o książkach, naprawdę fajnie się ten tekst czytało :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo dobra recenzja, zwłaszcza jak na początek! Z chęcią bym przeczytała książkę, ale oczywiście pieniądze na drzewach nie rosną :c

    OdpowiedzUsuń
  6. Cóż, wpisałam książkę na listę tytułów, które chcę przeczytać i mam nadzieję, że znajdę ją w bibliotece :D.

    OdpowiedzUsuń
  7. Napisałaś naprawdę ciekawą recenzję. Chętnie przeczytałabym tą książkę :)

    OdpowiedzUsuń

slider