3.8.17

Pechowe zakupy.

Z zamówionych czterech mang na dzień dzisiejszy przyszły dwie. Myślałam, że to najnowszy Berserk będzie nam opóźniał paczkę, a tu zonk. Okazało się, że to moje badziewia nie chcą przyjść do Polski (´;︵;`). A dokładniej jeden przebrzydlak, bo ten drugi od tygodni siedzi sobie kpiąco we Wrocławiu.


Miałam bardzo długi zastój w kupowaniu mang. W zasadzie przez dobrych kilka miesięcy nie kupiłam albo nic, albo pojedyncze tomiki. Korzystając z tego, że Elenthar od tygodni chrzanił mi za uchem o kupnie najnowszego Berserka, postanowiłam dorzucić się do zamówienia. Długo nie mogłam zdecydować się, jaki tytuł wziąć: czy kontynuować Kimi ni Todoke, czy dorwać kolejną Nanę lub postawić na zupełnie nowy tytuł. Padło na to ostatnie, bo w ofercie sklepu była moja ulubiona (ekonomiczna) forma mangi, czyli wydania 3w1 (jak sprowadza się mangi anglojęzyczne, ta opcja jest zbawieniem). Wybrałam jeden z moich ulubionych tytułów z lat szkolnych - Hanazakari no kimitachi e, czyli po prostu HanaKimi. W szale trochę się zapędziłam i wrzuciłam do koszyka 3 tomy, to jest 1-9 w standardowej numeracji. 

Pierwszy raz z tą serią miałam styczność dzięki dramie o tym samym tytule. Tamtego czasu było to jedno z moich ulubionych LA (i nie tylko za sprawą obsady). Stwierdziłam, że fajnie byłoby mieć tę mangę na półce, tym bardziej, że jakoś nigdy nie wpadłam na pomysł przeczytania jej online. 

Zaskoczyło mnie to, że pierwsze trzy tomy zawierają większą część fabuły z dramy, stąd jestem bardzo ciekawa kolejnych. Ponadto albo ja inaczej zapamiętałam pewne fakty, albo zostały one zmienione na potrzeby serialu. Musiałabym zrobić sobie rewatcha. Wiem, że wiele osób nie lubi wydań VizBig, ale dla mnie są one często wybawieniem. Może są nieco nieporęczne, szczególnie, gdy się ma małe łapki (jeden tom jest na prawdę gruby), ale mnie zupełnie to nie przeszkadza, a zawsze to kilkadziesiąt(set) złotych więcej w kieszeni przy zakupie całości. 


Miesiąc lipiec dał mi ogólnie nieźle popalić, jeśli chodzi o zakupy. Był to zdecydowanie najgorszy miesiąc w moim konsumenckim życiu. Zaczęło się od zakupów spożywczych, czyli dosyć niewinnie. Z Elentharem zaczęliśmy korzystać z usług firm internetowych, które podstawiają nam zakupy prosto pod drzwi. Na pierwszy raz postanowiliśmy wypróbować tą, z której regularnie korzysta jego siostra. Wszystko byłoby elegancko, gdyby nie fakt, że w dniu dostawy wiele produktów nie zostało nam dostarczonych. I oczywiście cały zamęt ze zwrotem pieniędzy... 

Przeprowadzając się na nowe mieszkanie, musieliśmy sporo rzeczy do niego kupić. Stwierdziliśmy, że pierdoły typu ścierki, rękawice i inne gadżety kuchenne zamówimy sobie na chińczyku, a bo taniej! Ze sterty rzeczy, które sobie upatrzyliśmy (dobra, ja upatrzyłam) przyszły nam cztery...


W zamówieniach m.in mieliśmy cztery ręczniki do rąk, które niestety nie dotarły (co zabawne, znajoma zamówiła te same, u tego samego Chińczyka, dwa dni po nas i do niej przyszły...), dwa ręczniczki z Rilakkumą, z których przyszedł tylko jeden, załączony na zdjęciu. Najśmieszniejsze jest to, że ręczniczki miały dwa wzory i dwa kolory. Nam przyszedł model z grafiką tego koloru, którego nie otrzymaliśmy. Jakieś chyba chińskie dwa w jednym, huehue :v. 

Kupiłam sobie też rękawice kuchenne. Najlepsza w nich jest wielkość. Heeej, one są na prawdę bardzo małe i w końcu cokolwiek pasuje na moje dłonie. Początkowo obstawiałam cienki materiał i to, że najprawdopodobniej nie będą dobrze chroniły przed ciepłem. Guzik prawda, dają sobie bardziej radę niż silikonowe ze specjalistycznego sklepu, hah. 

W wyposażeniu mieszkania znajdował się stół z czterema krzesłami. Komplet jest na prawdę fajny, ale ma zasadniczo dwie ogromne wady: blat jest totalnie zniszczony i zupełnie niewymiarowy. Szukając obrusu uderzyły nas nieprzyjemnie wysokie ceny, bo za kawał szmatki chcą kupę pieniędzy. Na chińczyku było nie lepiej. Gdy znaleźliśmy coś na wymiar, jego cena była 2-3 razy wyższa. Wtedy wpadliśmy na pomysł kupna.. zwykłego materiału. I to był strzał w dziesiątkę. Nie dość, że grubość jak i faktura spisują się genialnie w użytkowaniu to dodatkowo znaleźliśmy odpowiadający nam wzór. Gdybym w tym miejscu nie wstawiła zdjęcia, Wy i tak bezproblemowo byście go odgadli (。•̀ᴗ-)✧.


Kolejny zakupowy niefart: buszowałam po swoim ulubionym sklepie EMP. Tutaj historia będzie całkiem zabawna. Znalazłam spódnicę, która mi się baaaardzo spodobała, ale kosztowała blisko dwie stówki (kto tyle płaci za spódnice...?). Odpuściłam, ale w to miejsce odgrzebałam bluzkę, jaką kiedyś znalazł El, w dodatku sporo przecenioną. Okazało się, że jest jedna sztuka mojego rozmiaru, więc szybko zrobiłam zamówienie, dorzucając pięciopak skarpet z "Chibi Harrym Potterem". Jakie było moje zdziwienie, gdy odebrałam zamówienie... Wpierw El zaczął się śmiać, że paczka jest pusta, bo była bardzo lekka. Otworzyłam ją i.. musiał wygadać! W prawdzie nie była pusta, ale składała się tylko ze skarpet, które zresztą dorzuciłam na tzw. "zapchaj dziurę". Po napisaniu maila do sklepu oświadczono mi, że "nie załapałam się na zamówienie", czyli kupiłam produkt w tym samym czasie, co inna osoba. Byłam na prawdę wkurzona, bo po co wysyłają do mnie niekompletną paczkę, w dodatku bez informacji o zmianie zamówienia i jeszcze biorą za to kasę? Po wymianie zdań, jeszcze bardziej wkurzona zapakowałam skarpety (które zresztą okazały się być ogromne) i odesłałam im na ich koszt (oczywiście wzięłam najdroższą przesyłkę, a co!). Trochę czekałam na zwrot kasy, ale mają szczęście, że za bardzo uwielbiam ich asortyment i nie stracą stałego klienta :v. 

I nie stracili, bo w bardzo krótkim czasie okazało się, że przecenili wyżej wspomnianą spódnicę! Dodatkowo została się jedna jedyna sztuka i to w rozmiarze S. Po prostu musiałam ją kupić, zasłużyłam sobie po tym wszystkim. Jestem bardzo zadowolona z tego zakupu, chociaż ubranie mogłoby być nieco mniejsze. Ja wiem, że może ono nie wygląda specjalnie na zdjęciu, ale gwarantuję - po założeniu wygląda apetycznie. Wybaczcie brak zdjęć, ale przez obecne upały nawet nie chce mi się wyskakiwać z moich obszernych ekhem łachów.

Do tej pory miałam do czynienia tylko i wyłącznie z biżuterią marki Alchemy. Będąc szczera, nawet nie wiedziałam, że mają oni linię odzieżową. Oczywiście ciekawość jak zawsze wygrała, więc pospiesznie zapoznałam się z ich asortymentem i przepadłam... Gdyby nie tak zabójcze ceny to mogłabym się nie powstrzymać przed popełnieniem portfelowego zabójstwa. 

Słowem podsumowania - mój zakupowy pech jeszcze się nie zakończył. Zamówiłam sobie pewną pelerynkę, ponieważ ma kaptur, którego brak w moim zimowym płaszczu. Oczywiście po zapłacie dowiedziałam się, że danego produktu już nie ma (sic), ale zaproponowali mi troszkę inny model, który był o 10 dolarów droższy. Pewnie bym na to nie poszła, ale: 1) ona mi się bardziej podobała, ale nie była warta swojej ceny, 2) nie musiałam dopłacać! Więc w sumie fart w niefarcie. 

Czy Wam też przytrafiły się takie niemiłe niespodzianki?

PS - dzisiaj się dowiedziałam, że zamówionych przeze mnie skarpet również nie ma :v. Wiecie, co będzie kolejne w kolejce? *przewiduje przyszłość* A niech tylko spróbują mi napisać, że nie ma mojej mangi... 

PS2 - po tym poście widzę, że mam jakieś rozdwojenie jaźni (๑❛ꇳ❛๑).

slider